Misja Papua-Nowa Gwinea: Jak przetrwać w Koge, czyli „Mikser Jezusa” i walka o każdy dzień
Data publikacji: wtorek, 11-11-2025 Autor: ks. Łukasz Hołub Kategoria: Misje
Gdy myślałem o Papui-Nowej Gwinei, wyobrażałem sobie rajskie plaże i egzotyczną kulturę. Rzeczywistość okazała się kursem przetrwania, w którym teologia ustępuje miejsca logistyce, a największym wyzwaniem staje się codzienne życie. Oto moje pierwsze tygodnie w parafii Koge – opowieść o błocie, języku, którego nie da się zrozumieć, i sile ludzkiej wiary.
Zderzenie pierwsze: Podróż do Koge
Wszystko, co wiedziałem, musiałem zweryfikować. Podróż z Goroki do Koge, mojego docelowego miejsca posługi w diecezji Kundiawa, była pierwszym testem. Na mapie – niewielka odległość. W praktyce – kilkugodzinna przeprawa terenówką po legendarnej Highlands Highway.
Droga ta to kręgosłup kraju, ale jej stan przypomina wyschnięte koryto rzeki, pełne dziur wielkości małych samochodów. Gdy zjechaliśmy z głównej trasy, było już tylko gorzej. Błotnisty trakt wijący się przez góry był wyzwaniem. Gdy dotarłem na miejsce, byłem wyczerpany, brudny i kompletnie zdezorientowany.
Dom na palach i absolutna cisza
Parafia Koge przywitała mnie deszczem. Mój nowy dom to prosta, drewniana chata na palach. Bez prądu, bez bieżącej wody. Wieczorami światło dawała lampa naftowa, a wodę nosiłem w kanistrach ze strumienia. Po kamiennej plebanii w Ekwadorze, to miejsce wydawało się prowizorycznym schronieniem.
Moim jedynym łącznikiem ze światem był agregat prądotwórczy, którego warkot na kilka godzin dziennie pozwalał naładować telefon i laptopa.
Adaptacja była brutalna. Monotonna dieta (głównie kaukau, czyli słodki ziemniak), nieustanna wilgoć i nowi współlokatorzy w postaci pająków i jaszczurek. Samotność, którą znałem, tutaj przybrała nowy wymiar – całkowitego wykorzenienia kulturowego i językowego.
„Mikser Jezusa”, czyli jak dogadać się w Tok Pisin
Największym murem okazał się język. W Ekwadorze miałem hiszpański. Tutaj stanąłem przed Tok Pisin – językiem kreolskim, opartym na angielskim, ale z melanezyjską logiką. Jego słownictwo jest ograniczone, co zmusza do tworzenia opisowych, często komicznych konstrukcji:
-
Szpital to
haus sik(„dom chorych”). -
Helikopter to
mixmaster bilong Jesus(„mikser Jezusa”). -
Fortepian to
bigpela bokis yu paitim em, em i krai(„duże pudło, które bijesz, a ono płacze”).
Nauka była żmudna i upokarzająca. Chodziłem z notesem, a dzieci, ucząc mnie, miały źródło niekończącej się radości. Przez pierwsze miesiące byłem funkcjonalnie głuchy i niemy. Jak miałem głosić Ewangelię, skoro nie potrafiłem zapytać o drogę?
Codzienna walka o przetrwanie: Logistyka misjonarza
W seminarium nikt nie uczył, że misjonarz w PNG musi być mechanikiem, zaopatrzeniowcem i negocjatorem.
Drogi, które nie są drogami
Słowo „droga” to nadużycie. Jazda to nieustanny slalom między dziurami. Boczne trakty w porze deszczowej zamieniają się w śmiertelne pułapki – rwące potoki błota. W samochodzie zawsze musiałem mieć łopatę, siekierę i liny. Nieraz spędziłem godziny, samotnie wykopując auto. Osuwiska potrafiły odciąć nas od świata na wiele dni.
Raskoli i blokady plemienne
Do zagrożeń naturalnych dochodzą ludzkie. Raskoli – uzbrojone gangi – blokują drogi, zwalając drzewa i czekając na ofiary. Trzeba mieć przy sobie gotówkę, by mieć co oddać i nie ryzykować życia.
Inny rodzaj blokad to blokady plemienne. Po śmierci lub wypadku, klan zmarłego domaga się odszkodowania lub haraczu od przejeżdżających. Młodzi mężczyźni z maczetami zatrzymują auta. Wymaga to zimnej krwi i spokojnych negocjacji.
Luksus na minuty, czyli życie z agregatem
Brak sieci energetycznej oznacza, że prąd jest luksusem. Włączałem agregat na kilka godzin wieczorem. Paliwo jest drogie i trzeba je przywozić z miasta. Życie bez prądu to życie bez lodówki, planowanie posiłków z dnia na dzień i chodzenie spać krótko po zmroku.
Wyprawa po ryż i paliwo
W Koge nie ma sklepu. Raz na tydzień organizowałem wielką wyprawę zaopatrzeniową do miasta (Kundiawa lub Goroka). Po wielogodzinnej, niebezpiecznej jeździe kupowałem w chińskich sklepach ryż, mąkę, konserwy i paliwo. Ceny, z powodu kosztów transportu, były astronomiczne.
Kościół na barkach świeckich liderów
Szybko zrozumiałem, że parafia w PNG to nie budynek. Centrum w Koge to tylko baza wypadowa. Prawdziwa parafia to kilkadziesiąt stesen – odległych wiosek, do których dociera się po wielogodzinnej wędrówce przez dżunglę.
Prawdziwymi liderami tych wspólnot są katechiści. To lokalni mężczyźni, ojcowie rodzin, którzy bez wynagrodzenia prowadzą nabożeństwa, uczą katechizmu i rozwiązują spory. To oni są Kościołem na co dzień.
Moja rola? Odwiedzać te wspólnoty raz na kilka miesięcy, by odprawić Mszę, wyspowiadać i umocnić ich wiarę. Pierwsze wizyty były szokiem. Przyjmowano mnie jak króla – z tańcami i darami. Oczekiwania były ogromne. Byłem dla nich nie tylko księdzem, ale sędzią, lekarzem i przedstawicielem „bogatego świata”.
Nowy początek, nie kontynuacja
Całe moje doświadczenie z Ekwadoru okazało się mieć tu ograniczoną wartość. Musiałem odrzucić stare schematy i nauczyć się pokory. Bóg przeniósł mnie do zupełnie innego wymiaru misji. To nie była kontynuacja, ale nowy początek. Stanąłem u progu świata, w którym Ewangelia o miłości musiała zmierzyć się z logiką zemsty i strachu. Wiedziałem, że to będzie najtrudniejsza walka w moim życiu.
