Misjonarz w Andach: Jak wygląda praca duszpasterska w górach Ekwadoru?
Data publikacji: wtorek, 14-10-2025 Autor: ks. Łukasz Hołub Kategoria: Misje
Poznaj codzienność pracy misyjnej w surowym pięknie Andów. Opowieść księdza misjonarza o podróżach do odległych wiosek, udzielaniu sakramentów i budowaniu kaplic z lokalną wspólnotą.
Po trudnych doświadczeniach w Tundayme, moja nowa parafia w Valladolid w Ekwadorze postawiła przede mną zupełnie inne wyzwania. Praca misyjna w wysokich Andach to nie tylko duszpasterstwo, ale codzienna walka z naturą, samotnością i ogromnymi odległościami. To historia o odkrywaniu Boga i sensu powołania na nowo, na górskich szlakach.
Nowe wyzwania: Surowe piękno Andów
Piękno gór miało swoją drugą, surową twarz. Dni były ciepłe i słoneczne, ale noce przenikliwie zimne. Wysokość sprawiała, że szybciej się męczyłem, a każda praca fizyczna wymagała podwójnego wysiłku. Największym wyzwaniem była jednak komunikacja. Parafia Valladolid to nie tylko samo miasteczko, ale także kilkanaście mniejszych wiosek i osad, rozrzuconych na zboczach okolicznych gór, niektóre na wysokości ponad 3000 metrów. Nie prowadziły do nich żadne drogi.
Duszpasterska wędrówka: Z Mszą na górskim szlaku
Jedynym sposobem, by dotrzeć do wiernych, było pójście pieszo lub jazda na mule, po wąskich, stromych i niebezpiecznych ścieżkach, które wiły się nad przepaściami. Moja posługa duszpasterska stała się więc nieustanną wędrówką. Co tydzień pakowałem do plecaka ornat, mszał, komunikanty i trochę jedzenia, i wyruszałem w góry.
Te piesze "pielgrzymki" były wyczerpujące, ale i niezwykle piękne. Samotne godziny spędzone na górskim szlaku, w otoczeniu majestatycznej przyrody, stały się dla mnie formą terapii. W ciszy gór mogłem na nowo poukładać sobie w głowie wydarzenia z Tundayme, rozmawiać z Bogiem i leczyć duchowe rany.
Lekcja pokory i królestwo mułów
Każda wyprawa była przygodą i lekcją pokory. Uczyłem się czytać pogodę z układu chmur, bo w Andach słońce w jednej chwili potrafi ustąpić miejsca lodowatej mgle i ulewie. Czasem towarzyszył mi miejscowy przewodnik z mułem. Zwierzęta te, o smutnych oczach i nieprawdopodobnej wytrzymałości, były prawdziwymi królami tych szlaków. Poruszały się z pewnością siebie tam, gdzie ja z trudem łapałem równowagę.
„¡Ya viene el padrecito!” – Radość spotkania
Dotarcie do wioski po kilku, a czasem kilkunastu godzinach marszu, było zawsze niezwykłym przeżyciem. Dzieci wybiegały na spotkanie, krzycząc "¡Ya viene el padrecito!" ("Idzie już ksiądz!"). Dorośli witali mnie z ogromnym szacunkiem i radością. Byłem dla nich łącznikiem ze światem, ale przede wszystkim znakiem Bożej obecności.
Msza Święta w sercu andyjskiej wspólnoty
Centralnym punktem mojej wizyty była zawsze Msza Święta. Odprawiałem ją w maleńkich kapliczkach, zbudowanych z gliny i drewna, często bez okien. Ołtarzem był prosty stół. Mimo ubóstwa, te miejsca tętniły świętością. Ludzie śpiewali z całych sił, a ich proste, melodyjne pieśni miały w sobie niezwykłą moc. Patrząc na ich skupione, oświetlone płomieniem świec twarze, czułem, że dotykam istoty Kościoła.
Moc sakramentów w odosobnieniu
W tych warunkach sakramenty nabierały szczególnego znaczenia. Chrzest był prawdziwym włączeniem we wspólnotę, a spowiedź głębokim pojednaniem po wielu miesiącach. Najbardziej poruszające były odwiedziny u chorych i starców. Niosąc im Komunię Świętą do skromnych chat, czułem, że przynoszę ostatni znak nadziei przed ich wyruszeniem w drogę do domu Ojca.
Życie wspólnoty: Od pampa mesa do budowy kaplicy
Moja posługa nie ograniczała się do liturgii. Po Mszy zawsze był czas na pampa mesa – wspólny posiłek i rozmowy o ich problemach. Byłem dla nich nie tylko księdzem, ale także powiernikiem i doradcą.
Z czasem, w wioskach, gdzie nie było nawet prowizorycznej kaplicy, rodził się pomysł budowy. Odbywała się ona systemem minga – tradycyjnej, wspólnotowej pracy, w której wszyscy brali udział dobrowolnie. Pamiętam budowę kaplicy w Tapali. Mężczyźni wyrabiali cegły adobe, inni szukali drewna, a kobiety nosiły wodę. Po kilku miesiącach wspólnego wysiłku stanęła mała, biała kapliczka – pomnik ich wiary, jedności i determinacji.
Odkryć powołanie na nowo
Valladolid stało się moim nowym domem, gdzie zrozumiałem, że praca misyjna to przede wszystkim codzienna, cicha obecność pośród ludzi. To dzielenie z nimi prostego, trudnego życia. To tam, w surowym pięknie Andów, na nowo odkryłem sens mojego powołania – być pasterzem, który po prostu jest ze swoimi owcami, prowadzi je i opatruje ich rany.
