Od marzenia przed TV do misji w Ekwadorze: Moja droga do kapłaństwa
Data publikacji: sobota, 20-09-2025 Autor: ks. Łukasz Hołub Kategoria: Misje
Jak wygląda droga do kapłaństwa i praca misjonarza? Poznaj historię powołania, które zrodziło się z marzeń, zostało wykute w seminarium, a sprawdziło się w drodze na misję do Ekwadoru.
Od marzenia w sercu nastolatka do misji w Ekwadorze: Moja droga do kapłaństwa
Decyzja, która zapadła w sercu nastolatka wpatrzonego w ekran telewizora, była jak ziarno. Potrzebowała czasu i pielęgnacji, by wydać owoc. Tą glebą stało się dla mnie Wyższe Seminarium Duchowne w Przemyślu. To był krok w nieznane, który miał mnie przygotować na wszystko, co miało nadejść.
Seminarium w Przemyślu: Zderzenie marzeń z rzeczywistością
Marzenie o misjach, pełne egzotycznych obrazów i heroicznych czynów, musiało zmierzyć się z twardą, seminaryjną rutyną. Moja wyobraźnia zderzyła się z konkretami:
-
zamiast dżungli była biblioteka,
-
zamiast rozmów z wodzami plemiennymi – wykłady z filozofii i łaciny,
-
zamiast budowania kaplic – codzienna, monotonna modlitwa, nauka i praca.
To był czas próby. Czas, w którym romantyczna wizja kapłaństwa misyjnego była konfrontowana z prozą życia, z wymaganiami dyscypliny i z własnymi słabościami. Sześć lat formacji to długa droga, na której łatwo było zgubić z oczu pierwotny cel.
Kuźnia charakteru: Jak seminarium przygotowuje do służby?
A jednak to właśnie tam, w murach przemyskiego seminarium, Bóg budował fundament pod moją przyszłą posługę. Studia dały mi intelektualne narzędzia, by móc nie tylko głosić Ewangelię, ale także ją rozumieć i bronić. Życie wspólnotowe uczyło cierpliwości i pokory – lekcji kluczowej dla każdego misjonarza. Codzienna modlitwa i kierownictwo duchowe pogłębiały moją relację z Bogiem, która miała stać się jedynym oparciem w chwilach samotności na drugim końcu świata.
Misyjny płomień jednak nie gasł. Podtrzymywałem go, działając w seminaryjnym kole misyjnym, czytając wszystko o misjach i spotykając się z misjonarzami. Każda rozmowa i każdy list z Afryki czy Ameryki Południowej był jak powiew wiatru podsycający ogień. Wiedziałem, że to nie młodzieńcza fanaberia. To było powołanie w powołaniu.
Centrum Formacji Misyjnej: Poligon dla „sił specjalnych Kościoła”
Po święceniach kapłańskich w 2013 roku i kilku latach pracy w Polsce nadszedł czas na kolejny krok. Z duszą na ramieniu poprosiłem arcybiskupa o pozwolenie na wyjazd. Jego zgoda otworzyła bramę, o której sforsowanie modliłem się przez lata. Tą bramą było Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie.
Jeśli seminarium było fundamentem, to Centrum było prawdziwym poligonem. Roczny pobyt tam to był najbardziej intensywny czas nauki w moim życiu. To już nie była ogólna formacja, ale specjalistyczne szkolenie.
Czego uczy się przyszły misjonarz?
-
Misjologii – teologii i strategii pracy misyjnej.
-
Antropologii kulturowej – by wejść w obcą kulturę z szacunkiem.
-
Medycyny tropikalnej – by umieć diagnozować malarię, opatrywać rany i reagować w sytuacjach zagrożenia życia, setki kilometrów od szpitala.
-
Języka obcego – w moim przypadku hiszpańskiego, który stał się bramą do serc ludzi w Ekwadorze. Codzienne, wielogodzinne lekcje były prawdziwą szkołą pokory.
W Centrum zrozumiałem, że entuzjazm nie wystarczy. Potrzebne są konkretne umiejętności, wiedza i hart ducha.
Z marzyciela w misjonarza: Gotowy na Ekwador
Czas spędzony w Warszawie ostatecznie odarł moje myślenie o misjach z resztek romantyzmu. To tam, przygotowując się do wyjazdu, umarło we mnie marzenie chłopca o wielkiej przygodzie, a narodziła się dojrzała decyzja mężczyzny o podjęciu trudnej i odpowiedzialnej służby.
Opuszczając mury Centrum, byłem już innym człowiekiem. Wyposażony w wiedzę, świadomy zagrożeń i uzbrojony w modlitwę, czekałem już tylko na jedno – na misyjny krzyż i bilet w jedną stronę.
Pierwszy przystanek: Ekwador.
