O mnie Blog Wsparcie Kontakt

Ułatwienia dostępu

schowaj
Kontrast
normalny
Wielkość czcionki
normalna
Wspomaganie dysleksji
wyłączona
Wspomaganie czytania
wyłączone
Animacje
włączone
Tryb nocny
wyłączony
Odstęp tekstu
normalny
Interlinia
normalna
resetuj ustawienia
  lukaszholub@gmail.com  +48 609 270 039
ks. Łukasz Hołub Misjonarz w Papui-Nowej Gwinei

  • O mnie

  • Blog

  • Papua-Nowa Gwinea

  • Diecezja Kundiawa

  • Wsparcie misji

  • Kontakt

  • Szukaj
  lukaszholub@gmail.com  +48 609 270 039

ks. Łukasz Hołub
Misjonarz w Papui-Nowej Gwinei

Blog

  • wszystkie
  • Duchowość
  • Misje
  • Teologia
« wstecz drukuj

Misja w Ekwadorze: Z Doliny Strachu do Górskiej Przystani w Valladolid

Data publikacji: środa, 08-10-2025 Autor: ks. Łukasz Hołub Kategoria: Misje

Misja w Ekwadorze: Z Doliny Strachu do Górskiej Przystani w Valladolid

Poruszająca historia polskiego misjonarza w Ekwadorze. Przeniesienie z objętej konfliktem dżungli do spokojnej, ale wymagającej parafii w Andach. Opowieść o stracie, odnalezieniu nadziei i nowym wymiarze pracy misyjnej.

Wstęp

Nowy dom, nowe wyzwania. Objęcie parafii w Valladolid, położonej w malowniczych, ale i trudno dostępnych górach Ekwadoru, było dla mnie początkiem zupełnie nowego rozdziału. Jeszcze niedawno czułem się jak misyjny uchodźca, a moja przyszłość stała pod wielkim znakiem zapytania.

Misyjny Uchodźca: Amputacja i Pustka po Tundayme

Wyjazd z Tundayme był jak amputacja. Zostałem odcięty od wspólnoty Indian Shuar, którą zacząłem postrzegać jak własną rodzinę, od ludzi, z którymi dzieliłem chleb, pracę i strach w strefie stanu wyjątkowego. Przez kilka tygodni byłem bezdomny, znajdując tymczasowe schronienie u innego polskiego misjonarza.

Każdego dnia budziłem się z poczuciem klęski. Myśli nieustannie krążyły wokół pozostawionych przyjaciół. Czułem się winny, bezradny. W głowie kołatało mi pytanie: co dalej? Czy moja misja w Ekwadorze dobiegła końca, zanim na dobre się zaczęła?

Wezwanie do Zamory: Strach i Nowa Nadzieja

Właśnie wtedy, gdy moja nadzieja sięgała dna, nadeszła wiadomość od biskupa. Jechałem na spotkanie pełen obaw, spodziewając się reprymendy, a może nawet biletu powrotnego do Polski.

Biskup jednak przyjął mnie z ojcowską troską. Wysłuchał mojej chaotycznej, pełnej emocji relacji. Nie oceniał, nie krytykował. Gdy skończyłem, rozłożył na stole starą mapę wikariatu.

"Twoja praca w Tundayme nie poszła na marne," – powiedział cicho. "Zasiałeś ziarno w bardzo trudnej ziemi. Teraz Bóg chce, żebyś odpoczął i zajął się innym ogrodem. Ogrodem, który jest zaniedbany, ale nie płonie".

Jego palec przesunął się z nizin Amazonii w górę, wspinając się po liniach oznaczających Andy, i zatrzymał się na małej kropce: Valladolid.

Valladolid: Zupełnie Inny Świat

"To stara parafia," – kontynuował biskup. "Jedna z pierwszych w regionie. Mają piękny, kamienny kościół, ale od lat nie mieli stałego księdza. Ludzie są pobożni, ale ich wiara potrzebuje pasterza. To zupełnie inny świat niż Tundayme. Nie ma tam kopalni, nie ma konfliktu. Jest tylko spokój, góry i ciężka praca. Myślę, że to będzie dla ciebie dobre miejsce".

Poczułem ulgę zmieszaną z lękiem. Z jednej strony cieszyłem się na myśl o ucieczce od napięcia. Z drugiej – bałem się nowego początku. Ale to był rozkaz i zarazem nowa szansa.

Podróż do Serca Andów

Podróż do Valladolid była symbolicznym przejściem z piekła do czyśćca. Zostawiłem za sobą parną, wilgotną dżunglę, krainę błota i komarów. Droga pięła się stromo w górę. Gęstą zieleń zastąpiły uporządkowane tarasy uprawne, a potem surowe, górskie stoki. Powietrze stało się rześkie i krystalicznie czyste. Po raz pierwszy od miesięcy mogłem odetchnąć pełną piersią.

Po kilku godzinach jazdy dotarłem na miejsce. Valladolid leżało na wysokości 1600 metrów n.p.m., wciśnięte w wąską dolinę. Widok był zapierający dech w piersiach – małe, pobielane domy, czerwone dachy i wieża starego, kamiennego kościoła. Panowała tu cisza, niemal nierealna po doświadczeniach z Tundayme.

Nowy Dom, Nowe Wyzwania

Moje przybycie nie wywołało poruszenia. Mieszkańcy, w większości Metysi i potomkowie Indian Saraguro, przyglądali mi się z uprzejmą ciekawością i dystansem. Przez lata nauczyli się radzić sobie bez księdza. Moim pierwszym zadaniem było zdobycie ich zaufania.

Klucze do starej, kamiennej i zimnej plebanii wręczył mi przewodniczący rady parafialnej. Budynek pachniał wilgocią, ale miał solidne mury i dach. Po miesiącach tułaczki wydał mi się pałacem – symbolem stabilizacji, której tak bardzo potrzebowałem.

Nowe wyzwania były inne niż w dżungli:

  • Natura: Piękno gór miało surową twarz – ciepłe dni i przenikliwie zimne noce.

  • Wysokość: Szybciej się męczyłem, a każda praca fizyczna wymagała podwójnego wysiłku.

  • Komunikacja: Parafia to kilkanaście wiosek rozrzuconych na zboczach gór, niektóre na wysokości ponad 3000 metrów. Dotrzeć tam można było tylko pieszo lub na mule, po wąskich i niebezpiecznych ścieżkach.

Pasterz na Górskich Szlakach: Duszpasterstwo Wędrówki

Moja posługa duszpasterska stała się nieustanną wędrówką. Co tydzień pakowałem plecak i wyruszałem w góry. Te piesze "pielgrzymki" były wyczerpujące, ale i niezwykle piękne. Samotne godziny na szlaku, w otoczeniu majestatycznej przyrody, stały się dla mnie formą terapii. W ciszy gór leczyłem duchowe rany po Tundayme.

Ludzie w górskich wioskach przyjmowali mnie z ogromną radością. Msza Święta w małej, glinianej kapliczce była dla nich wielkim świętem, po którym zawsze następował wspólny posiłek. Słuchałem ich opowieści o życiu, zmaganiach i wierze, która pozwalała im wszystko przetrwać.

Lekcja z Valladolid: Sens Misji w Codzienności

Wiara tych ludzi była prosta, głęboka i mocno spleciona z andyjskimi wierzeniami, gdzie kult Matki Bożej mieszał się z kultem Pachamamy (Matki Ziemi). Moim zadaniem nie było tego niszczyć, ale cierpliwie oczyszczać, ukazując w tych prastarych tęsknotach obecność prawdziwego Boga.

W samym Valladolid praca była bardziej typowa: Msze, katecheza, odwiedziny chorych. Krok po kroku ożywiałem struktury parafialne, co dawało mi poczucie stabilizacji i normalności.

Valladolid stało się moim nowym domem. Zrozumiałem, że praca misyjna to nie tylko heroiczne zmagania w sytuacjach konfliktu. To także, a może przede wszystkim, codzienna, cicha obecność pośród ludzi. To wspinanie się na górskie szczyty, by zanieść im Chrystusa. To tam, w surowym pięknie Andów, na nowo odkryłem sens mojego powołania.

Informacje

  • O mnie
  • Mapa
  • Papua-Nowa Gwinea
  • Diecezja Kundiawa
  • Wsparcie misji
  • Galeria

Blog

  • Wielki Piątek i Wigilia Paschalna w Kerowagi: Wiara wśród chmur i gór
  • Msza Krzyżma i tradycyjne Mumu w Papui-Nowej Gwinei
  • Wielkanoc w Papui-Nowej Gwinei – Relacja ks. Łukasza Hołuba z misji w Kerowagi
  • Bogo: Serce wiary i nadziei w górach prowincji Simbu (Papua-Nowa Gwinea)
  • Moja wizyta u Katarzyny w Kerowagi (Papua-Nowa Gwinea)
  • Kerowagi: Serce Papui-Nowej Gwinei. Moje spotkanie z tradycją i naturą prowincji Simbu
  • Twoje 1,5% może dotrzeć aż na koniec świata! 🌍
  • Jak pomóc misjom na krańcu świata? Modlitwa, post i jałmużna jako fundament wsparcia misjonarza w Papui-Nowej Gwinei

Polecamy

Kontakt

ks. Łukasz Hołub
Misjonarz w Papui-Nowej Gwinei

P.O. BOX 71 – Kundiawa, Papua New Guinea, 461 Kundiawa

+48 609 270 039

lukaszholub@gmail.com

Copyright © 2026 ks. Łukasz Hołub Misjonarz w Papui-Nowej Gwinei - Wszystkie prawa zastrzeżone.
Za zamieszczone na stronie materiały tekstowe, audio, logotypy oraz zdjęcia
odpowiada ks. Łukasz Hołub Misjonarz w Papui-Nowej Gwinei.

Wykonanie strony:
BartoszDostatni.pl Nowoczesne Strony Parafialne

Korzystanie z niniejszej witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Zmiany warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do plików cookies można dokonać w każdym czasie. Polityka Prywatności Informacje o cookies