Dzieciństwo i młodość na Podkarpaciu: Jak zrodziło się marzenie o misjach?
Data publikacji: sobota, 13-09-2025 Autor: ks. Łukasz Hołub Kategoria: Misje
Zanim w moim życiu pojawiły się amazońskie rzeki i papuaskie góry, cały mój świat mieścił się w jednym słowie: Wierzbna. To niewielka wioska niedaleko Jarosławia, zagubiona pośród łagodnych wzgórz Podkarpacia. Tam się urodziłem i tam, na kawałku ziemi moich rodziców, ukształtował się mój horyzont. Był odmierzany pracą w polu i prostym, przewidywalnym rytmem życia.
Z małej wioski na Podkarpaciu na kraniec świata. Historia mojego powołania
A jednak, nawet w tym zamkniętym świecie, Bóg uchylił dla mnie kilka okien. To przez nie zobaczyłem, że życie może być czymś więcej niż tylko trwaniem – może być wielką przygodą w służbie innym.
Okno pierwsze: Kolorowe czasopisma misyjne
W naszym domu rzadkością był kredowy, śliski papier. Dlatego tak dobrze pamiętam czasopisma misyjne. Ich kolory kontrastowały z szarością podkarpackiego krajobrazu. Na zdjęciach widziałem uśmiechnięte, czarnoskóre dzieci, egzotyczne krajobrazy i białych księży, którzy żyli pośród tych ludzi.
Czytałem z wypiekami na twarzy ich reportaże o:
-
budowaniu szkół w afrykańskim buszu,
-
pływaniu łodziami po rzekach pełnych piranii,
-
leczeniu trędowatych i walce z głodem.
To nie były bajki. To działo się naprawdę w miejscach o egzotycznych nazwach: Rwanda, Boliwia, Kamerun. Te historie zasiały we mnie tęsknotę za życiem, które ma głębszy sens.
Okno drugie: Film "Misja", który poruszył serce
Mały, czarno-biały telewizor był moim drugim oknem na świat. Obrazem, który wrył mi się w pamięć na zawsze, były sceny z filmu "Misja" z Robertem De Niro i Jeremym Ironsem. Widok jezuitów, którzy w sercu dżungli budowali swój świat, bronili Indian przed chciwością kolonizatorów i oddawali za nich życie, poruszył mnie do głębi.
Zobaczyłem wtedy kapłaństwo heroiczne, radykalne, zanurzone w prawdziwym życiu. To było to – sens, który wykraczał daleko poza to, co znałem.
Najważniejszy impuls: Spotkania z prawdziwymi misjonarzami
Jednak najsilniejszym bodźcem byli żywi ludzie. Misjonarze, którzy od czasu do czasu odwiedzali naszą parafię, byli jak postacie z gazet i filmów, które nagle stawały się prawdziwe. Mieli twarze spalone słońcem i spracowane dłonie, tak jak mój ojciec.
Opowiadali o malarii, samotności i tęsknocie za domem, ale w ich oczach płonął ogień. Mówili o niewyobrażalnej radości, gdy mogli ochrzcić dziecko, uratować komuś życie prostym lekiem albo po prostu być z ludźmi, o których świat zapomniał.
Słuchając ich, cichy szept w mojej głowie zamieniał się w coraz głośniejszy głos. Głos, który pytał: "A może ty też?".
Decyzja: Chwila, która ustawiła mój wewnętrzny kompas
Przełom nastąpił, gdy miałem kilkanaście lat. W telewizji znów mówiono o Rwandzie, tym razem w kontekście przerażającego ludobójstwa. Usłyszałem wtedy historię o polskich misjonarzach, którzy mimo śmiertelnego zagrożenia postanowili zostać ze swoimi parafianami. Nie uciekli. Zginęli razem z nimi.
Ta wiadomość wstrząsnęła mną. W świecie, który uczy dbać o własne bezpieczeństwo, oni pokazali, że miłość i wierność są silniejsze niż strach przed śmiercią. W tamtej chwili zrozumiałem. Misje to nie egzotyczna przygoda. To bycie z ludźmi na dobre i na złe. Aż do samego końca.
Wtedy, w moim sercu, podjąłem cichą decyzję. Jeśli mam zostać księdzem, to tylko po to, by wyjechać. By pójść tam, gdzie jest najtrudniej.
Z Podkarpacia na krańce świata
Droga od tamtej decyzji była długa – seminarium, pierwsze lata kapłaństwa w Polsce. Ale wewnętrzny kompas, który ustawił się we mnie tamtego dnia, nigdy już nie zmienił kierunku. Świat pól i lasów Podkarpacia nauczył mnie pracowitości i wytrwałości. Ale to właśnie na tej ziemi Bóg zasiał we mnie ziarno tęsknoty za innym światem. I to z tej małej Wierzbnej wyruszyłem w podróż, by odpowiedzieć na głos, który usłyszałem jako chłopiec, wertując stare, misyjne gazety.
